„Marsz ku klęsce” – Eward Yourton

Marsz ku klęsce - Eward Yourton - okładka

„Marsz ku klęsce”, Eward Yourton

Na tytułowy „Marsz ku klęsce” trafiłem zupełnie przypadkiem, przeglądając rekomendacje, które podsunął mi Amazon.

Po kilku kliknięciach wiedziałem już, że książka została wydana również w Polsce. Nie zrażając się okładką – która jasno komunikuje, że została zaprojektowana w czasach, kiedy zamiast kanałów RSS czytało się Bajtka – kliknąłem „Kup Teraz”, ciesząc się, że już za kilka dni, książka wyląduje na mojej półce.

Autor – uznany autorytet w dziedzinie inżynierii oprogramowania – skupia się w tej pozycji na analizie projektów, które z racji niekorzystnego kontekstu oraz kontrowersyjnego przydziału zasobów określa „marszami ku klęsce”.

Zdaniem autora, często nie mamy wpływu na to, że projekt, który otrzymaliśmy do zrealizowania, musi zatonąć. Dzieje się tak z wielu powodów – politycznych, organizacyjnych czy personalnych. Przez całą książkę stara się wskazać, co możemy zrobić, aby pomimo niesprzyjających warunków, doprowadzić takie projekty z sukcesem do końca.

Jeżeli liczysz, że znajdziesz w tej książce liczne wskazówki techniczne, zapewne poczujesz się rozczarowany. Przede wszystkim, książka została napisana ponad dekadę temu, stąd magia związana z pewnymi pojęciami (Windows 95, COBOL, CASE, itp.) dawno przestała czarować. Tak naprawdę, w książce bardziej chodzi o ludzi oraz relacje aniżeli narzędzia oraz techniki. Pomimo tego, znalazłem naprawdę doskonały, ponadczasowy cytat techniczny, który świetnie oddaje idee ciągłej integracji:

„Codzienne budowanie jest jak bicie serca projektu. Dzięki niemu wiemy, że żyjemy” – Jim McCarthy, Microsoft

Jeśli natomiast poszukujesz typowo miękkich aspektów, związanych z ludzkim podejściem do realizacji projektów, będziesz zadowolony. Okazuje się, że mentalność ludzka nie zmienia się tak szybko jak technologia, stąd pewne obserwacje dotyczące ludzi są ponadczasowe.

To co mi się podoba, to fakt, iż autor celnie wskazuje pewne typy zachowań, które możesz spotkać w zespołach, z którymi realizujesz projekty.

Przykładowo – z jednej strony ukazuje nam młodych, niedoświadczonych programistów, z przesadnym, szczeniackim wręcz optymizmem, którzy propagują wiarę, że prawdziwi programiści nie śpią (mentalność komandosa), a weekendy uznają za świetny czas, aby usiąść do kodu.

Z drugiej strony, przedstawia doświadczonych developerów, którzy przeszli już w życiu kilka marszy ku śmieci, mają rodzinę na utrzymaniu oraz kredyty do spłacenia. Łatwo się domyślić, że weekend planują spędzić z rodziną i ciężko będzie ich przekonać, aby przyjechali w niedzielę do pracy naprawiać bugi.

Tego typu obserwacji, wychodzących poza horyzont umiejętności technicznych zespołu projektowego, można znaleźć więcej – i to w mojej ocenie jest najsilniejszą stroną tej pozycji.

Przy okazji, warto zdać sobie sprawę z faktu, że w czasach, gdy w USA realizowano setki innowacyjnych projektów informatycznych rocznie, w Polsce na zwykły telefon stacjonarny czekało się średnio kilka lat. Gdy w naszych sklepach wymieniano kartki na kiełbasę, zza wielką wodą ludzie zjadali zęby na projektach programistycznych. Doświadczenie, jakie w tamtym czasie zbierano w USA, jest bezcenne. Dlatego pomimo, iż narzędzia programistyczne zdążyły się kompletnie zmienić, lekcje nabyte w tamtych projektach – szczególnie te dotyczące aspektów miękkich – pozostają nadal aktualne. I możemy do nich sięgnąć dzięki takim książka jak ta.

Dużym plusem jest bogata bibliografia, która przewija się przez całą książkę. Lista zalecanych pozycji jest naprawdę imponująca i choć trudno łudzić się, że są to pozycje dostępne w Polsce, warto poświęcić chwilę i wyszukać je w zagranicznych sklepach lub portalach aukcyjnych. Daleko nie szukając – parę dni temu zamówiłem „Slack” Toma De Marco za 7 euro i co więcej, przesyłka do Polski była darmowa.

Jeśli miałbym szukać minusów, to byłyby to głównie kwestie kosmetyczne. Skład książki pozostawia wiele do życzenia – czuć po prostu, że czytamy pozycję, która ma już swoje lata. Zwrot „projekt na drodze ku klęsce” pojawia się co drugie zdanie, co po przeczytaniu połowy książki zaczyna irytować. Odnośniki do listów od czytelników, na które powołuje się autor, sprawiają wrażenie oderwanych od kontekstu i są przedstawione chaotycznie.

Nie zmienia to jednak faktu, że jest obowiązkowa pozycja książkowa, szczególnie dla tych, których każdy kolejny projekt to marsz ku zagładzie – wyczerpujący, wypalający, wyniszczający. W tej kwestii auto nie pozostawia złudzeń – może to po prostu sygnał, że czas zmienić pracę?

Moja ocena: 4/5

Jedna myśl nt. „„Marsz ku klęsce” – Eward Yourton

  1. Z tą książką miałem okazję zapoznać się już jakiś czas temu. Podobnie do Ciebie, skoro wydana została w Polsce, to skorzystałem z jej polskiego tłumaczenia. Niestety, była to jedna z gorszych decyzji, jaką podjąłem.
    Tłumaczenie jest toporne, widać że człowiek, który się tym zajmował miał małe pojęcie o tym, co przekłada z ichniego na nasze. Dla porównania miałem oryginał i muszę przyznać, że pomimo języka angielskiego, czytało się to o wiele przyjemniej.
    Ogólnie, książka na plus, ale dla zainteresowanych polecam zapoznanie się z nią w oryginale.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *